Freitag, 23. Mai 2014

cura te ipsum

die inhaberin dieses blogs ist nicht tot. sie ist nicht verschollen, nicht ausgezogen und immer noch im besitz eines internetanschlusses. man hat sie öfters in den letzten wochen im wald gesehen. zahlreiche passanten berichteten, sie würde dort in den brennesseln bis zum hals stecken.
:)))
anfangs des jahes wurde bei mir schilddrüsenunterfunktion diagnostiziert (danke, liebe mirena!) und noch tausend andere sachen, die ich gott sei dank schon vergessen habe. ignoranz der ärzte hat mir richtig angst gemacht. ich weiss es, was es kostet eine praxis am laufen zu halten, nach einer einfachen rechnung ergeben sich ca. 20 kassenpatienten pro stunde. diese 4 minuten, die man hat, reichen genau für folgenden satz: hören sie mal, ich hab gegoogelt, ich hab vermutlich X, verschreiben sie mir bitte Y.
cura te ipsum, sagte ich mir, heile dich selbst, bevor dich die anderen mit hormonen vollpumpen.
*
wlascicielka tego bloga nie umarla, sie nie zagubila, ani sie nie wyprowadzila i w dalszym ciagu jest posiadaczka lacza internetowego przedniej jakosci. w ostatnich tygodniach widywano ja czesto w lesie. liczni spacerowicze zdawali relacje, jakoby widzieli ja tkwiaca po uszy w pokrzywach.
:)))
na poczatku roku stwierdzono u mnie niedoczynnosc tarczycy (dziekuje, kochana mireno!) i jeszcze tysiac innych rzeczy, o ktorych na szczescie juz zapomnialam. ignorancja lekarzy sprawila, ze zaczelam sie naprawde bac. wiem, ile kosztuje urzymanie gabinetu lekarskiego. po wykonaniu prostego rachunku matematycznego obliczylam, ze statystyczny lekarz musi przyjmowac ok. 20 pacjentow z kasy chorych na godzine, by wyjsc na swoje. te 4 minuty, ktore przypadaja na glowe starcza akurat na zdanie: niech pan poslucha, wyczytalam w internecie, ze mam X, prosze przepisac mi Y.
cura te ipsum, powiedzialam wiec sobie, wylecz sie sama, zanim cie inni napompuja hormonami.

cura te ipsum :)))

ich las. von hippokrates bis max gerson. eine information ergab eine andere. ich konzentrierte mich auf frauenkräuter, wildkräuter, die phytoöstrogene enthalten und machte mir jeden tag davon grüne smoothies. ich weiss es, das alles hört sich verrückt an, vielleicht hatte ich mehr glück, als verstand, auf jeden fall wachte ich eines tages auf (nach ca.3 wochen)...und war wieder normal!
es geht mir blendend, aber ich kann mich noch ganz genau an einen tag im februar erinnern, wo ich das wohnzimmer saugen wollte und heulte. ich schaffte es einfach nicht! so kraftlos war ich!
eine lange geschichte ist das, auf jeden fall, es hat sich einiges in meinem leben verändert. diese woche wartete ich z.b. ungeduldig auf meinen ersten milchsauer vergorenen rote bete saft.
*
czytalam. od hipokratesa do maxa gersona. jedna informacja gonila druga. skoncentrowalam sie na ziolach kobiecych, dziko rosnacych roslinach, ktore zawieraja fitoestrogeny i robilam sobie z nich codziennie zielone smoothies. wiem, to moze wydawac sie zwariowane, moze mialam wiecej szczescia niz rozumu, w kazdym razie, ktoregos dnia obudzilam sie(po ok. 3 tygodniach)...i bylam znowu normalna!
czuje sie wysmienicie, ale na dlugo w pamieci pozostanie mi pewien dzien w lutym, kiedy chcialam tylko poodkurzac w pokoju. plakalam - bo nie moglam! w takim bylam stanie.
to dluga, dluga historia, w kazdym razie, pare rzeczy sie zmienilo. na przyklad odzywianie.
w tym tygodniu niecierpliwie czekalam na moj pierwszy sok z kiszonych burakow.


die tollen knollen habe ich ordentlich gebürstet, klein geschnitten und das glas zu 2/3 damit gefüllt. in dieser zeit kochte ich wasser mit 2 tl salz und kühlte es ab. zusätzlich landeten im glas noch: ein paar piment- und pfefferkörner, eine knoblauchzehe, meerettich wurzel (ca. 5cm lang, in kleine stücke geschnitten) und 2 lorbeerblätter. das ganze habe ich mit salzwasser aufgefüllt, kurz gestampft und mit einem mullkompresse abgedeckt in eine dunkle, ruhige ecke abgestellt. meine oma wäre stolz auf mich. jeden tag schaute ich mir das glas an, stampfte kurz, es duftete so herrlich! heute, nach 7 tagen, ist mein saft fertig. super lecker und gesund. zusätzlich lassen sich mit rote bete wunderbare rote bäckchen und rote lippen machen. :) back to the roots, mädels!

 *
buraki wyszorowalam, pokroilam i wypelnilam nimi 2/3 sloika. w tym czasie zagotowalam wode z sola i ostudzilam ja. dodatkowo wyladowaly w sloiku: pieprz, ziele angielskie, czosnek, chrzan i lisc laurowy. wszystko to zalalam uprzedno przygotowana woda, ubilam, przykrylam kompresem na rany i odstawilam do ciemnego kata. babcia bylaby ze mnie dumna! :) codziennie ogladalam sobie to pachnace cudo, ugniatalam i dzisiaj po 7 dniach sprobowalam. swietnie i zdrowo! dodatkowo mozna czerwonymi buraczkami robic sobie sliczne policzki i czerwone usta. :) back to the roots, dziewczyny!